Kategorie: Wszystkie | Mesa
RSS
piątek, 09 stycznia 2015
nowy wymiar miłości

Urodziłam syna. Wydałam na świat człowieka, prawdziwą, kompletną istotę. Mimo że minęło już 15 tygodni od narodzin S., to jeszcze nie jest to dla mnie tak oczywiste.

Ciąża była dla mnie ciężkim okresem. Gdy zaczynał się trzeci trymestr miałam już chyba objawy nerwicy natręctw przez te wszystkie schody. W trzecim trymestrze okazało się, że istnieje ryzyko przedwczesnego porodu. Dotrwałam. Doszłam do mety. Dotrwaliśmy. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu dla swojej naiwności - bardziej bałam się lewatywy niż bólu porodowego. O, ja, głupia! Dałam radę. Mało tego już myślę nad kolejnym dzieckiem. Wzbogacona o doświadczenia z całego roku bardzo się tego boję - ciąży, porodu i połogu.

Ah, dzisiaj jest rocznica poczęcia S.!

A tak, moje życie jest nudne i monotonne. Rok czasu spędziłam w domu, jak w klatce. Nie mogę doczekać się wiosny i spacerów. Chcę się odrodzić psychicznie razem z wiosną. Bardzo mi tego potrzeba. Macierzyństwo nie jest łatwe, a ja się tego nie spodziewałam. Wychodząc w przyszłość, dobiegałam myślami do dnia porodu. Celem było urodzić zdrowe dziecko. Reszta miała po prostu nastąpić. Mimo chronicznego zmęczenia, to jestem spokojna psychicznie. Poznałam nowy wymiar miłości :)

19:53, polyada
Link Dodaj komentarz »
Mam suche dłonie
od wietrznych mych myśli
od płynnej rzeczywistości
przelewającej się przez palce tych lat
                      
Jesteś balsamem którego pragnę
którego moja skóra chce spić
                                       
Jesteś balsamem którego mi brak
19:32, polyada
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 czerwca 2014
Zwyczajność

Witam po pewnym czasie.

W listopadzie ubiegłego roku trafiliśmy na mieszkanie, które postanowiliśmy kupić. Pod koniec grudnia przyznano nam kredyt hipoteczny na 27 lat, a w styczniu podpisywaliśmy akt notarialny. Trochę czasu zajęło nam aż wprowadziliśmy się na nowe całkowicie urządzone mieszkanko. Jesteśmy tutaj od około 10 kwietnia. Bardzo podoba mi się to mieszkanie. Wszystko zaplanowaliśmy wspólnie, choć raczej ja byłam kierownikiem prac ;) Jestem jedynie niezadowolona z łazienki. Wygląda jak sprzed dekady ;)

Nie - no całe mieszkanie nie jest urządzone! Jeden pokój jest jeszcze wolny, ale będzie już niedługo urządzany dla.... synka! Tak, spodziewamy się dzieciątka. Psychicznie jest to niełatwa ciąża. Bardzo szybko zrobiłam pierwszy test - chyba po 7 dniach od owulacji. Miałam wychodzić do pracy, gdy do drzwi zapukał listonosz. Przyniósł paczkę z testami ciążowymi. Zrobiłam test i spakowałam go do torebki. W tramwaju spojrzałam na niego, a tam przebijała się słaba druga kreska. Zdziwiłam się, że się udało i że tak szybko wyszedł test ciążowy. Poczułam się jakoś inaczej - w ciąży. Dumna, szczęśliwa.

Uwierzyłam, że tym razem się uda. W końcu brałam Acard na ukrwienie i Euthyrox na tarczycę. Chciałam cieszyć się z ciąży nieskrępowanie. Po tygodniu od terminu miesiączki, gdy zobaczyłam, że plamię, poczułam się jak w filmie. Szukałam w internecie namiarów na jakiegokolwiek lekarza, który by mnie tamtego dnia przyjął. Poszłam do polecanego przez koleżankę z pracy. Dostałam leki i zwolnienie z pracy. Kolejnych dwóch tygodni w oczekiwaniu na kolejną wizytę za bardzo nie pamiętam. Ciągle plamiłam i walczyłam o mój mały cud. Nasz mały cud. Walczyłam leżąc i bijąc się z różnymi myślami - pełna strachu. Leżałam łącznie 6 tygodni. Gdy już poczułam spokój i zaczęłam w pełni (no, prawie w pełni), to w 20 tygodniu ciąży trafiłam do szpitala na tydzień z częstym twardnieniem brzucha.

Idziemy dalej. Synek jest zdrowy. Rusza się w brzuszku :) Mówię do niego, czytam mu wierszyki Brzechwy :)

Od kwietnia na palcu prawej dłoni noszę obrączkę. Wstępną datę ślubu wyznaczyliśmy zanim zaszłam w ciążę. Z resztą - i tak nic tak nie cementuje związku jak kredyt hipoteczny ;)

Z mojej rodziny na ślub przyjechała tylko mama. Było mi cholernie przykro i mimo że rodzina od strony mamy teraz twierdzi, że to moja wina, bo źle mnie zrozumiano, to i tak im tego nie będę w stanie zapomnieć. Żalu chować nie będę, bo może lepiej, że nie było z nami w tamtym ważnym dla nas dniu osób, które bez godności jeszcze do mnie miały wyrzuty, że to moja wina, że ich nie było. A dzwoniłam parokrotnie namawiając, by przyjechali i nie było dyskusji.

Na ślubie podczas przyrzeczenia zaczęłam się śmiać i płakać na raz. To były emocje, których nie byłam w stanie przez pewną chwilę skontrolować. Według mnie wypadło, no - po naszemu. Niezapomnianie i wyjątkowo. Padło parę komentarzy. Moja mama nie była w stanie zrozumieć, że to był stres. Na drugi dzień wróciła do domu. Nie odbierała ode mnie telefonów, więc chyba się na mnie obraziła o to śmianie się. To jest możliwe - ona taka jest.

Jestem na zwolnieniu lekarskim i jest mi w takim układzie dobrze. Chciałam pracować w ciąży, ale mam się oszczędzać. I dobrze. Gdy odizolowałam się od tych chorych akcji w pracy, jest mi jakoś tak lżej na psychice - po urlopie macierzyńskim będę szukać pracy gdzie indziej.

Jestem szczęśliwa. Jest tak jak powinno być. Jesteśmy małżeństwem, spodziewamy się potomka i mieszkamy w fajnym miejscu. Jest zwyczajnie i ta zwyczajność mi się podoba :)

21:42, polyada
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 listopada 2013
Nie wiem jak się czuć

Byłam znowu w ciąży. Teraz wglądało to troszkę inaczej. Zrobiłam badanie na poziom hormonu beta HCG, powtórzyłam po 2 dniach. Zaczęłam plamić, powtórzyłam badanie. Było ok. Dwa dni później obudziłam się zakrwawiona, ale to przeszło dość szybko i wierzyłam, że jest w porządku. Po tygodniu od poprzedniego powtórzyłam badanie z krwi. Nie wierzyłam, że zobaczę taki wynik. Na drugi dzień poszłam na badanie USG i od lekarza usłyszałam, że mój pęcherzyk jest dużo za mały. Dostałam skierowanie na zabieg. Zapisałam się na parę dni później do szpitala. Okropnie się bałam narkozy.

Fizycznie już chyba doszłam do siebie. Psychicznie chyba też. Teoretycznie to był 7 tydzień ciąży. Nie wiem jak się czuć.

01:07, polyada
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 października 2013
Sierpień

Powrót do pracy był ciężki. Tym bardziej, że reszta ekipy dopiero wybierała się na wakacje.

Koło dwudziestego sierpnia wybraliśmy się do Świnoujścia. Znaleźliśmy nocleg na prywatnej kwaterze. Zaszaleliśmy w samym środku mojego kobiecego cyklu. Z góry napisze, że nie zaowocowało to stworzeniem nowej istoty ludzkiej. Spacerowaliśmy, biegaliśmy po lesie, odwiedziliśmy molo w niemieckiej mieścince i na drugi dzień wróciliśmy do domu.

Henry już na wakacjach we Włoszech próbował mnie namówić na parodniowy wyjazd do miejscowości, w której się poznaliśmy, co wydawało mi się kompletnie durnym pomysłem. Niemało pieniędzy poszło na nasz wypad, poza tym chciałam na spokojnie przygotować trochę zapraw na zimę, odpocząć. Sama wizja jazdy na tylnym siedzeniu z kotami wzbudzała we mnie chorobę lokomocyjną.

Pojechaliśmy na 4 dni. Oczywiście Henry zabrał mnie na wschód słońca. On uwielbia wschody słońca nad Bałtykiem.

wschód słońca

sierpniowy Bałtyk o świcie

Ostatniego wieczora Henry zaprosił mnie na mały rejsik motorówką po pobliskim jeziorze w okolicach zachodu słońca. Siedzieliśmy okryci kocem na dziobie. Wiatr wiał, woda rozbryzgiwała nam się na nogi, a złote promienie sierpniowego słońca padały na nasze twarze. W pewnym momencie się zatrzymaliśmy, a Henry po moich uporczywych sugestiach, że musimy chociaż coś właścicielowi zapłacić, powiedział, że idzie pogadać ile mężczyzna chce za rejs i wstał. Odwróciłam się po chwili i zobaczyłam, że Henry trzyma kwiaty!

Podszedł do mnie, usiadł obok i zaczął mówić: Patuńka, bardzo cię kocham. Różnie bywało między nami, ale przebrnęliśmy to. Różnie między nami będzie, ale wiem, że chcę z Tobą być i chcę założyć z Tobą rodzinę. Uklęknął i trzymając kwiaty w ręce zadał pytanie: Zostaniesz moją żoną?

Łydki mnie rozbolały, nie mogłam przestać się uśmiechać. Machałam pionowo głową. Henry ze łzami w oczach spytał jeszcze raz: Tak? Ja powtórzyłam tak parę razy. Zaczęliśmy się obściskiwać, a nasz sternik trąbić.

Na drugi dzień pojechaliśmy do jubilera wybrać pierścionek, który Henry założył mi na palec na zamku.

 

Niby nie taki duży krok i dość przewidywalny u par z pewnym stażem, ale ile zmienia w psychice. Henry poczuł spokój, ja poczułam się stabilniej. Oboje nie chcemy wesela, ani dużej ilości gości. Henry chciałby w czerwcu następnego roku, ale jeszcze wstrzymaliśmy się z wyborem terminu.

Bywało różnie. Henry miał w marcu kryzys, ja przez to złapałam doła, do tego stopnia, że chciałam to wszystko pieprznąć. Dużo w nas zmienił urlop we Włoszech. Poświęciliśmy się tam sobie. Nie chcę usprawiedliwiać ani siebie, ani Henrego. Czuję, że damy radę. Czuję, że będziemy ze sobą do końca życia. Są 2 sytuacje, po których wiem, że bym odeszła: zdrada i przemoc. Ale na jakież tematy wkroczyłam! Teraz trzeba się cieszyć! Delektować sobą! Tworzyć razem!

21:07, polyada
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 września 2013
tegoroczny lipiec

Tegoroczny lipiec był miesiącem przełomowym. Marcowa burza w naszym związku przyciągnęła chmury, które dość długo nie chciały się rozwiać. Tamtego dnia Henry uderzył w moje uczucia piorunem, który spowodował we mnie wewnętrzne tąpnięcie. Moje odczucia i przemyślenia powoli, ale znacząco oddalały mnie i odsuwały wizję wspólnej przyszłości.

Wizja ta była na tyle rozmyta, że wspólny urlop wydawał mi się pomysłem nie na miejscu. Z Henrym i ze mną jest tak, że jak zwykle wszystko jest nie do końca zamknięte, nie do końca przemyślane. I tak też było z urlopem. Urlop zbliżał się wielkimi krokami, a my ciągle nie mieliśmy żadnego planu. Mieliśmy jechać nad Bałtyk, ale Henry za późno zgodził się na nocleg w miejscu, w którym już parokrotnie byliśmy i nie było miejsca. Zaczął kombinować. Któregoś wieczora rzucił pomysł wyjazdu na parę dni do Wenecji. Parę dni pomysł wisiał w bańce i nic z nim nie robiliśmy.

Gdy Henrego nie było parę dni oszacowałam koszt wyjazdu do Chorwacji. Gdy wrócił zaczął modyfikować mój plan coraz wyżej na wybrzeżu przesuwając potencjalne miejsce urlopu. Palcem na mapie doszedł aż do Słowacji - a stamtąd było już kwestią chwili, aż zacznie namawiać mnie na Włochy. Po paru dniach negocjacji postanowiliśmy zwiedzić Toskanię.

Do Toskanii pojechaliśmy z Henrego znajomym z AA i z jego dziewczyną.

Pierwszą noc urlopu spędziliśmy w Insbrucku. To był ciężki wieczór, ale przełomowy. Oboje byliśmy zmęczeni drogą. W hotelowej kawiarence zaczęliśmy się sprzeczać. Ja sfrustrowana sposobem, w jaki Henry ze mną rozmawiał, wywaliłam na stół przy którym siedzieliśmy to, co we mnie siedzi. Powiedziałam o braku stabilności, o myślach nihilistycznych, a później w pokoju o pragnieniu miłości, rodziny i o tym, że od marca ciągle w myślach się z nim rozstaję i na pewno odejdę w tym roku. Widziałam, że jest tą sytuacją i moimi słowami zdziwiony. Przytulił mnie. Poszliśmy na spacer u podnóży majestatycznych Alp.

Jestem osobą, u której malownicze krajobrazy wywołują wewnętrzny zachwyt - takie uczucie podobne do uczucia zakochania. Towarzyszyło mi ono przez całe wakacje. Moje zmysły nasycały: miasteczka na skałach, palmy, gaje oliwne, drzewa cytrusowe rosnące w miastach, winnice, przepyszne sery, ogromne szyszki, cykady na drzewach, bezlitośnie parzący w stopy piasek, fioletowe muszelki, historyczne zabytki, gondole, małe restauracyjki, bambusy, góry, morze..

Spędziliśmy jedną noc w Innsbrucku, pięć na kempingu we Viareggio, jedną we Florencji i dwie w Wenecji. Zwiedziliśmy, Pizę, Lukkę, Camaiore, Cinque Terre - pięć przecudownych malowniczych miejscowości na wybrzeżu liguryjskim, Florencję i Wenecję. Inaczej wyobrażałam sobie to miasto na wodzie. Nie spodziewałam się, że jest tak urzekające i magiczne.

Bardzo dużo spacerowaliśmy, ale te spacery podziałały na naszą relację terapeutycznie. Ten wspólny czas oczyścił mnie z żalu i złości do Henrego.

Przemierzyliśmy 3600 kilometrów. Jak do tej pory były to najpiękniejsze wakacje w moim życiu.

22:44, polyada
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 czerwca 2013
znokautowana

Myślałam, że Henry chce mi się oświadczyć, naprawdę. Tak bardzo bym tego chciała, że aż pomieszałam życie z marzeniami. Jaki to mózg jest durny, że oczywiste sygnały skrupulatnie ignoruje. Henry nie chce mi się oświadczyć - powiedział mi to wprost. Powiedział, że nie czuje, żeby mnie kochał. Czuję się znokautowana. Leżę na parkiecie mojego życia i nie potrafię złapać tchu. Przez 3 lata myślałam, że to ten jedyny, że urodzę mu dzieci, że się razem zestarzejemy.

Zaczęło się od tego, że chciałam, aby mnie przytulił. Położyłam się obok niego i powiedziałam: Czas na kizi-mizi. Nie odwrócił się. Powtórzyłam. Odwrócił się zły i oschle, niezbyt przyjemnie niby mnie objął jedną ręką - bardziej położył na mnie sztywno rękę. Kurczę, nieraz tak robił, przeważnie tak robił, dlatego zdobyłam się na rozmowę. Ja mówiłam, mówiłam.. I jeszcze łagodnym tonem go usprawiedliwiałam. Wyrozumiale powiedziałam mu, że to nie jego wina. Mu się zbytnio nie chciało rozmawiać. Może ze 2 zdania wypowiedział.

Co ja mam robić. Co robić. Nie wrócę do matki i siostry. Nie wiem co z kotami. Nie mam na tyle pieniędzy, by wynajmować coś samemu i się utrzymać. Bardzo, przebardzo bym chciała wyjechać za granicę. Może bym tam została, sprowadziła koty. Nie mam do kogo. W ciemno się boję. Henry planuje urlop. Rozważa wyjazd za granicę. Chciałby, aby moja mama przyjechała popilnować kotów. Co on mówi? Dziś chciał kupować nową pościel, wczoraj iść na spacer, zakomunikował mi, że będziemy spacerować wieczorami. Co on, do cholery, mówi?!

Ja chcę mieć dzieci, rodzinę, ciepło, kocham Cię codziennie. Jestem przerażona, bo nie wiem czy to kiedyś będę mieć.

22:09, polyada
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 czerwca 2013

Z wiekiem to chyba człowiek dostrzega więcej i więcej ocenia ;) Chodzi o to, że mnie parę osób denerwuje. Zbliżyłam się do koleżanki z pracy (pierwsza osoba tutaj, której tak się pozwierzałam), a ta parokrotnie potraktowała mnie z góry i po tych paru razach nie mam ochoty na utrzymywanie tej relacji. Chyba za bardzo chciałam się z nią zaprzyjaźnić i tymi zwierzeniami narzuciłam jej trochę siebie. Nawet nie pomyślałam czy ona chce.

Na dworze upał (w biurze jeszcze goręcej niż na dworze), a pewna koleżanka chodzi w grubych jeansach. Przedwczoraj miała sweterek z rękawami 3/4. Przy temperaturze 25'C mówiła, że mogłoby się ochłodzić.

Dziś i wczoraj na mieście widziałam nie lepsze przypadki: dziewczyna w rajstopach, inna w bluzie, przedziwne kozaki-japonki. Właśnie! Jestem w szoku. Po kiego * komuś kozaki-japonki? Zimą ich się nie założy, chyba, że chce się celowo palce odmrozić, a latem chyba też nie - chyba, że umyślnie chce się wyglądać jak oszołom i odparzyć skórę na łydkach. A może to była ukryta kamera?

Burza idzie. Okropna. Boję się burzy. Br. Wyłączam laptop. Serio się boję. Dobranoc.

00:28, polyada
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 czerwca 2013
klaustrofobiczność

Płacząc w wannie pełnej wody czuje się integralność łez z wodą, czuje się jakby miało się całe ciało we łzach. Klaustrofobiczność wanny wzmaga bezsilność. Henry nie ma wanny, ale chętnie zatopiłabym trochę łez w jeziorze.

Już parę lat nie pływałam w jeziorze. Strach zaszczepiony do wszystkich sfer życia przez wszelkie media, które mają możliwość docierać do mas, sprawił, że obawiam się takiej kąpieli. Jak byłam dzieckiem babcia pozwalała mi się kąpać w fontannie i jeziorze, w którym był zakaz kąpieli ze względu na fatalny stan wody (ponoć dzięki nieczystościom z pobliskiego szpitala), więc odporność na wszelkie świństwa powinnam mieć dobrze wykształconą, ale jednak się obawiam. Tutaj wody nie są pierwszej czystości w przeciwieństwie do moich kochanych jezior pałuckich.

Ostatnio czuję się przestrzenią - przestrzenią eteryczną. Moje pragnienia są tak silne, że zaczęły nabierać siły. Chcą odbioru - odczytania i spełnienia. W przeciwnym razie będą niszczyć. Nie jestem pewna od czego zaczną.

Wspominałam chyba ostatnio coś, że Henry chce mnie zabrać na małą wycieczkę. Tak sobie to luźno powiedział. Ja to za bardzo odebrałam. Wycieczki wcale nie będzie.

00:39, polyada
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 czerwca 2013
morsko i kocio

Miałam takie symptomy, że aż brałam pod uwagę, że może się udało stworzyć nową istotę, ale jednak nie. Może gdyby Henry zrobił jakiś krok naprzód, to wzięlibyśmy się do konkretnej pracy nad tą kreacją :)

Coś czuję, że Henry trochę kombinuje. Chce mnie zabrać na małą wycieczkę nad morze. Oh, gdyby mi się oświadczył nad morzem, to na pewno bym mu nie odmówiła ;) Morze jest dla mnie niczym alegoria, moja prywatna alegoria, semantyczny worek. Jest dla mnie wolnością. Nie dlatego, że jest niezależne od nikogo, ale dlatego, że mi przyniosło wolność - od trosk, od domu, w którym spotkało mnie dużo smutku, od nieudanych relacji. Jest dla mnie ciszą, rześkością. Gdy zamykam teraz oczy słyszę szum fal uderzających delikatnie o siebie, czuję jego chłodny wieczorny zapach. To jest mój piąty żywioł.

Bałtyk

 

O! Przypomniało mi się! Kocham koty, psów się boję. Znam parę miłośników psów, ale, cholipa!, nie powtarzam minimum raz w miesiącu tym miłośnikom moich przekonań o tych zwierzętach. Z resztą strach należy do mnie, tak jak i moje przekonania. Nie muszę ich powtarzać jak mantrę osobom, których to może w końcu konsternować.

No, a co ja mam sobie pomyśleć - ja, właścicielka aktualnie dwóch kotów, władająca kocim językiem biegle - gdy słyszę od jednej osoby rzucane teksty, zaczynające się od nie obraź się, ale... ("ale" co? twoje słowa, rozmówco, będą w takim tonie, że czujesz, że powinnam się obrazić czy co?). A, gdy po magicznym spójniku, następują inteligentne komunały: ...koty są złośliwe, ...kotom nie można ufać, ...koty nie są wierne, ...koty nie potrafią okazywać radości na widok właściciela, ...koty są fałszywe oraz podobne bzdury, co ja mam odpowiedzieć? Mogę co najwyżej zrobić zdziwioną minę, że ktoś takie brednie powtarza. Wypada to tak miłośniczce kotów tyle razy mówić? W ogóle nie wypada uogólniać, przypisywać cech jakiejś jednostki, grupy wszystkim.

Na dobranoc wklejam zdjęcie kotów! Nasze koty żyją z nami w przyjaźni i symbiozie i to mi na co dzień od nich wystarcza :)

kocice

00:22, polyada
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5